Superman pośród nas
Superman. Chyba nie ma ani jednej osoby, która nigdy by o nim nie słyszała. Nie zawaham się powiedzieć, że jest on jednym z najbardziej rozpoznawalnych super-bohaterów wszech czasów. Jego wielkie S na klatce piersiowej kojarzy się wszystkim z nadludzką mocą i wspaniałym wyglądem. Ale czy zastanawialiście się kiedyś, jak Superman czułby się jako dziecko? Jak zachowywałby się wśród swoich rówieśników, tu na Ziemi? Na te pytania stara się nam odpowiedzieć "Człowiek ze stali".
Nie będę ukrywać, że nigdy nie byłam fanką Supermana, zawsze znacznie bardziej lubiłam Iron Mana, czy Kapitana Amerykę. Liczyłam jednak, że ta zupełnie nowa odsłona sprawi, że się do niego przekonam - nie udało się.
Nie mogę powiedzieć jednak, że film był zły, bo to nieprawda. Film był dobry, ale przeciętny, co czasami jest znacznie gorsze od bycia złym. Bardzo wciągnął mnie do połowy, ale później po prostu zaczął mnie nudzić. I nie mogłam się doczekać kiedy się skończy. Po tak wielkim budżecie jaki miał ten film (175.000.000 USD) spodziewałam się czegoś więcej.
Sama nie mogę powiedzieć czego dokładnie mi brakowało. Jestem pewna, że nie brakowało mi efektów specjalnych, którymi naszpikowany był film. Myślę, że reżyser(Zack Snyder) oraz scenarzysta (David S. Goyer) chcieli za dużo naraz. Chcieli stworzyć film, który łączyłby w sobie wchodzenie w psychikę super-bohatera, który zmaga się ze światem, ze zwyczajnym kinem komediowym. Balans między tymi dwoma gatunkami sprawił, że film nie jest ani zabawny, ani odkrywczy, co składa się na to, że jest nudny.
Sama historia jednak ma wielki potencjał. Znajdują się w niej wiele scen walki między dobrem, a złem,
znalazło się też miejsce na motyw miłosny, na który czekają wszystkie FANKI Supermana! W rolę dziewczyny Człowieka ze Stali wcieliła się piękna Amy Adams, która jako nieustraszona dziennikarka, wypada dobrze, ale nie jest to na pewno rola jej życia. Nie można tego jednak powiedzieć o Henrym Cavill, który wcielił się w tytułowego bohatera. Nie zawaham się powiedzieć, że został on stworzony do tej roli. Każda jego mina, zachowanie w filmie sprawiają, że przestaje on grać Supermana, a sam się nim staje. Z całej ekipy tylko po nim widać prawdziwe emocje, co czyni go jeszcze bardziej autentycznym.
Clarkowi Kentowi, czy jak kto woli Kal-El przypada dwóch ojców: jeden ziemski (Kevin Costner) oraz prawdziwy ojciec z planety Krypton Jor-El (Russell Crowe). Obydwoje w swoich rolach wypadają świetnie. Kevin Costner gra tu surowego ojca, który chce powstrzymać Clarka przed ujawnieniem się, nawet za cenę życia. Jor-El pojawia się dopiero kiedy Clark jest dorosły. Jest dla niego przewodnikiem, pomaga mu przebrnąć przez trudny czas, kiedy okrutny generał Zod (Michael Shannon) napada na Ziemie.
Generał Zod to kolejna świetna postać w tym filmie, zagrana wręcz perfekcyjnie. Nie jest to może tak wyrazisty bohater jak można by się było spodziewać, po takiej produkcji, ale na tle całego filmu wypada dobrze i zdaje się, że pasuje do całości. Brakowało mi w tym miejscu szerszego naszkicowania jego psychiki i motywów, bo to też mogłoby być bardzo ciekawe.
„Człowiek ze stali” ma nam zaprezentować bohatera na miarę XXI w., widać to już po samym stroju bohatera. Bazuje on oczywiście na dobrze znanym nam z komiksów wdzianku Supermana, jednak jest znacznie bardziej nowoczesny, zupełnie odświeżony. Nie ma tu tych niejednokrotnie wyśmiewanych majtek, na kalesony, które widzieliśmy w poprzednich wersjach Supermena. Mamy tu elegancki, obcisły kostium, który wzbudza podziw, a nie śmiech.
Ta superprodukcja stara się nam pokazać, że wszystko co nieznane odrzucamy. Tak jak robimy to z Supermanem, czy tak rzeczywiście jest? To pytanie zostawiam Wam do rozstrzygnięcia, choć nie wiem, czy da się je rozstrzygnąć.
5/10
Kasiewska